|
|
Bremenn
"Cała energia, ten buntowniczy gniew mieszkający we mnie przerodził się w gitarowo-elektroniczną maszynerię" - wywiad z zespołem Bremenn
Bremenn to bardzo ciekawe zjawisko - pomysł stworzenia grupy pojawił się w 1995 roku, sama formacja zaczęła działać jednak osiem lat później. Te osiem lat swoistego czekania sprawiło, że obecnie mamy jedną z niewielu kapel, grających niesamowicie energiczną muzykę, czerpiąca z takich nurtów, jak chociażby industrial. O historii i działalności Bremen opowiadał mi jeden z jego muzyków - Grzegorz Kabasa Na początek proszę Was o rozwinięcie myśli - "Bremenn to prostota, ale nie prostactwo"... Od momentu, kiedy powstał zamysł stworzenia muzyk,i a potem zespołu pod nazwą Bremenn chciałem, aby był on ściśle związany z moimi odczuciami, obserwacjami, emocjami dotyczącymi nie tylko sfery świata muzycznego, ale całej otaczającej mnie rzeczywistości. Ten projekt dojrzewał we mnie przez kilka lat i krystalizował się poprzez coraz silniejszą potrzebę oddania własnego głosu w sprawach dla mnie istotnych. Muzyka sama w sobie jest tu pewnego rodzaju narzędziem służącym zamanifestowaniu moich wewnętrznych postaw wobec zjawisk, które działy się i dzieją w nas i wokół nas wszystkich. Stąd kompozycjom muzycznym towarzyszyły także teksty, które są bardzo istotnym elementem przekazu Bremenn. Różnica między prostotą a prostactwem jest płynna i może być rozmaicie postrzegana. W wielu dziedzinach życia prostactwo staje się jednak tak ewidentnie obowiązujące, że moja irytacja z tego powodu ciągle prowokuje mnie do nowych buntowniczych postaw. Beznadziejna ignorancja wśród części społeczeństwa dla piękna, wiedzy, kultury i tolerancji poparta bezdennym pragnieniem posiadania rzeczy, sławy oraz władzy sprawia, iż prostactwo głównie w myśleniu stało się normą. Oczywiście w sposób naturalny wszystkie te zjawiska ujawniają się także w muzyce. Całe zastępy piosenkarek, które odróżnić można jedynie po kodzie DNA (muzycznie i wizualnie to kolejne klony w tandetnym, jarmarcznym opakowaniu beczące coś o w stylu „dotknij mnie kochany będziesz ugotowany”). Epatowanie seksem w produkcjach „muzycznych” sięgające obecnie zenitu jest przejawem cwaniactwa u producentów, żerujących na podstawowych instynktach organizmów żywych. Jestem osobnikiem płci męskiej, ale nie potrzeba do mnie machać parą silikonów abym kupił płytę. Takie działania są dla mnie prostackie i tego chce uniknąć w twórczości zespołu Bremenn. Bremenn nie potrzebuje manifestu bogactwa (dresik, złote łańcuchy -15 kg, Ferrari, Lamborghini, 20 razy czekoladowa Barbie w basenie - oto wasze pragnienia, patrzcie na nas jesteśmy gwiazdami). Takich przykładów w biznesie muzycznym jest tysiące, a ja mam tylko jedno życie i nie chcę go spędzić do końca przy pisaniu tego wywiadu, więc skracam. Prostota Bremenn w sensie muzycznym oznacza, że gramy nieskomplikowane utworki oparte na energetycznym rytmie i ciężkim, ostrym, monotonnym, gitarowym brzmieniu. Całość uzupełniają dźwięki elektroniczne nadające specyficzny mroczny charakter. Nie ma tu wiele miejsca na wirtuozerskie popisy, wszystko jest zaplanowane i podporządkowane klimatowi, który podobno kojarzy się z gatunkiem industrial-metal. Co do tekstów, jesteśmy dalecy od wyśpiewywania o zaletach: roznegliżowanych panien, przejażdżki kajakiem po stawie... i ogólnie fajnie jest. Mamy komplet wykonawców, piewców rymowanych bzdur. A jeśli ktoś chce przykładu, co to są piosenki z tekstem prostym, ale NIGDY nie prostackim to polecam np. utwór „Niepokonani” Perfectu.
Taki prosty Bremenn z ukłonem w
stronę rozumu, piękna i szlachetności nam się śni. Tutaj potrzebne jest drobne sprostowanie. Rok 1995 to umowna data, kiedy zacząłem myśleć o projekcie muzycznym nazwanym później Bremenn. Presja świata wymusiła skomponowanie pierwszych utworów i napisanie paru tekstów. Pojawiło się pragnienie stworzenia nowej kreacji artystycznej, jednak nie miała ona żadnego personalnego wymiaru. Zespół pozostawał w sferze pomysłu. Wymiar osobowy objawił się dopiero w roku 2003 i od tej pory można mówić o istnieniu grupy. Nazwa Bremenn została nadana projektowi rok później. Tak, więc w sensie artystycznym repertuar grupy skomponowałem w latach 1995-2003, ale odpowiedni skład muzyków udało się zorganizować dopiero 2003 r. i to jest formalna data założenia zespołuLubelska scena to pojęcie w dużej mierze abstrakcyjne, zarówno kiedyś jak i teraz. Dwa powszechnie znane zespoły (czytaj: fabryki szmalu z układami, kontraktami, promocją itp.) i reszta. Wszelkie próby stworzenia muzyki rozbijają się głównie o brak świadomości i niewiarę w powodzenie. Do tego dochodzi brak zainteresowania bądź zainteresowanie pozorne ze strony zawodowych mediów. Sytuację wieńczy aspekt ekonomiczny. Lublin jest pustynią, jeśli chodzi o znalezienie jakiegokolwiek sponsora. Propozycje grania ze strony nielicznych klubów za kwotę 200 PLN to w przypadku nawet półprofesjonalnego zespołu niesmaczne żarty.
Wielu dobrze zapowiadających się
grajków nigdy nie osiągnęło świadomości muzyka skupiając się w
nieskończoność na szlifowaniu warsztatu. Muzyk jest człowiekiem,
dla którego instrument jest narzędziem do przekazywania emocji,
energii. Pozostawanie na etapie najszybciej poruszających się
palców bez efektu w postaci kompozycji melodii, rytmu jest bez
sensu. Satysfakcja z posiadania umiejętności gry na instrumencie
często była i jest finałem artystycznych aspiracji, a w
konsekwencji dokonań młodych muzyków. Lubelska scena to klasyka
pod tym względem. Brak wiary w sukces towarzyszył lubelskim
rockowcom odkąd pamiętam. Do dziś nie wiele się zmieniło. Mimo
nowych technologii komputerowych dających możliwość wykonania
chociażby porządnego nagrania demo, brak w młodzieży błysku,
świadomości jak realizować swoje pomysły. Częściowym
usprawiedliwieniem takiej postawy zarówno dziś jak i 10 lat temu
jest kompletny brak jasnych zasad, co do sposobów promocji
takich zespołów jak np. Bremenn. Nikt tak naprawdę nie wie,
(chociaż wielu się wydaje, że wie), co trzeba zrobić, aby
piosenka nowej kapeli została przez radio puszczona nie dwa razy
o trzeciej rano tylko dwa tysiące razy i to zamiast nowego
gniota panieny z kolczykiem w pępku czy wszechobecnych
złotozębnych raperów z USA. Kończąc wywód, scena lubelska nie
zmieniła się przez ostatnie lata. Nikt nie zaistniał (poza
braćmi Cugowskimi!), nikt nic ciekawego nie stworzył. Ot
zaścianek z W sposób bezpośredn,i raczej nie czułem żadnej inspiracji ze strony innych rodzimych grup. Może z powodu, że polski rynek muzyczny mało mnie interesował. Jeżeli pojawiały się jakieś bodźce do tworzenia dźwięków to raczej była to irytacja. W pewnym momencie presja rynku muzycznego hołdującego najbardziej prostackim gustom wymusiła działanie. Kretyńskie zasady, co do lekkości utworów, ich długości i modnych w danym okresie stylistyk konsekwentnie odbierały chęć do włączania radia. No i największy w tamtych czasach kataklizm i upadek wszelkiego gustu muzycznego, czyli nasze swojskie rynsztokowe disco-polo. Koszmar dźwiękowy w połączeniu z idiotyzmem tekstowym. Tego nie dało się wytrzymać. Dzisiaj wiem, że koncepcja Bremenn z 1995 r. była między innymi reakcją na muzyczną chałturę i drobnomieszczańską filozofię samozadowolenia. Pośrednio dźwięki Bremenn wywodzą się ze starych fascynacji takich jak: Pink Floyd, Rush, Metallica, Tangerine Dream, Ultra Vox, Led Zeppelin, Deep Purple oraz tych nowszych: Clawfinger, Die Krupps, Rammstein, NIN, itd.
Inspiracją do tworzenia muzyki
stała się otaczająca rzeczywistość, komputery zdecydowanie
ułatwiły sprawę. Stały się narzędziem pozwalającym na
rejestrację pomysłów bez korzystania z kosztownego studia. W
momencie powołania do życia żywego składu właściwie cały
repertuar Bremenn już był wymyślony. Dwadzieścia utworów
stworzonych w oparciu o brzmienia General Midi znajdujące się na
karcie muzycznej Sound Blaster Live. W momencie, gdy zespół
zdecydował się na nagranie trzech utworów promujących pierwszy
album grupy dysponowałem już profesjonalnym sprzętem, więc
mogliśmy je zrealizować ze własnym zakresie. Całość materiału
została zarejestrowana w systemie Pro Tools Mix Plus przy użyciu
paru istotnych urządzeń takich jak przedwzmacniacze DBX, TL
Audio, mikrofony Rode i Neumann, konwerter Apogee AD-8000,
syntezatory Virus, Stylus, Atmosphere, Trilogy (barwy z Soud
Blastera odjechały do zsypu). Cały miks i mastering został
wykonany w komputerze PowerMac G4. Dotychczas moje FocusFog
Studio wystarcza do wykonywania naszych produkcji, jednak
ostateczny mastering nowego albumu powierzymy znawcom tematu.
Poszukiwania nie dotyczą ogólnej
koncepcji. Ta jest stała i nie podlega ewolucji. Bremenn to
muzyka gitarowa, mocna, ciężka, rytmiczna. Instrumenty
elektroniczne nadają jej klimat i melodyjność. Tekstowo staramy
się poruszać tematy uniwersalne aktualne dla wielu ludzi nie
tylko w Polsce, ale i w innych krajach. Interesuje nas człowiek,
jego przeżycia wewnętrzne oraz wpływ otaczającego świata na
psychikę, postępowanie. Są to problemy poruszane często przez
literaturę i teatr, dlatego wprowadzenie do koncepcji Bremenn
akcentów sztuki teatralnej jest dla nas wysoce interesujące.
Muzyka i tekst w projekcie Bremenn pełnią podstawową rolę,
jednak uzupełnione są o elementy wizualne takie jak odpowiednie
stroje i wizualizacje multimedialne.
Okres 1995-2003 nie nazywałbym
działalnością grupy. Raczej był to czas, w którym krystalizował
się pomysł. Decyzja o tym, że trzeba wzmóc wysiłki i
przyspieszyć z realizację projektu podjęta została już w XXI
wieku... Tyle lat skupienia wystarczy, aby cała energia, ten buntowniczy gniew mieszkający we mnie przerodził się w gitarowo-elektroniczną maszynerię. Marazm, śmiercionośna niemoc emanująca z polskiego rynku muzycznego, patologiczna żądza sławy, władzy, patrzenie na jednostkę z punktu widzenia przynależności do określonej grupy docelowej to tematy, które wciąż dają impuls do buntowniczego działania, tworzenia, realizowania i przekazywania słuchaczom tych muzycznych idei, które przyświecają mojemu życiu. Cieszę się, że udało mi się zarazić pomysłem Bremenn czterech kolegów. Bez nich ten zespół mieszkałby nadal tylko w komputerze.
Chcemy, aby Bremenn był kontynuacją tego, co w szerokim rozumieniu nazywane jest gitarowo-elektroniczną energetyczną muzyką rockową. Profesjonalizm w myśleniu i środkach technicznych mający dawać chęć do obcowania z muzyką oraz innymi formami artyzmu. Nie jesteśmy doskonali, ale staramy się walczyć słowem i dźwiękiem, stawać w obronie rozumu, piękna, szlachetności. Chcemy pokazać, że idea rockandrolla w nowoczesnym wydaniu jest ciągle żywa. Schematyzm, hegemonia sezonowych mód, kreacja banału kiczu i wstrętnej nachalności dotyka nas wciąż, wiec nie dajmy się ogłupić. Oto mała część pola walki, na które wkracza Bremenn. Co jest inspiracją podczas tworzenia tekstów? Trochę powiedziałem już na ten tematj. Konkluzja może być taka: interesujemy się sytuacjami, z którymi styka się człowiek. Obserwujemy rzeczywistość, próbujemy odgadnąć, poznać pewne zasady, jakim jednostka podlega. Pragniemy pokazać dylematy wewnętrzne związane z różnymi obszarami życia. Często wokalista wciela się w jakąś postać (np. w piosence „Single Idol”), aby uwidocznić jej pragnienia, sposób myślenia, zwrócić uwagę na motywy, jakimi się kieruje. Czasem jest to satyra, czasem ostrzeżenie. To są tematy dla nas intrygujące. Gdybyśmy mieli wyśpiewywać jakieś debilne rymowanki, to lepiej pisać muzykę instrumentalną. Przynajmniej nie trzeba błagać samego siebie o litość.
„Historia ostatnia” to jedyny utwór, który powstał dopiero w 2004 roku. Propozycję stworzenia kompozycji przedstawił mi reżyser Andrzej Mathiasz. Obejrzałem materiał, poczułem klimat i powstała piosenka. Właściwie od razu wiedziałem, że jest to temat dla Bremenn. Przesłanie filmu zdecydowanie do mnie przemawiało. Motorem działania bohaterów filmu „Numer” była chęć walki ze znieczulicą wobec podstawowych wartości. Chęć zwrócenia uwagi na patologiczne mechanizmy i relacje międzyludzkie. Bohaterowie wplątują się w rozgrywkę, w której sami stają się ofiarami. Dla nich jest to historia ostatnia, po której innych historii nie będzie. Piosenka odnosi się nie tylko do treści filmu. Jest to głos oprawcy wobec swojej ofiary, która wierząc naiwnie w wolność i prawdę jest tylko marionetką w rękach systemu władzy i kapitału. Taka refleksja i zapytanie: czy na pewno jesteśmy tacy wolni jak nam się wydaje?
Z Martą znam się od dawna i
wiem, że układanie wyrazów w logiczny zrozumiały sposób nie
sprawia jej trudności. Tekst w swojej formie jest prosty i
niezbyt optymistyczny, ale film także nie ma wątków zabawowych,
więc wszystko się zgadza. Obecnie Marta należy do stałych
współpracowników zespołu biorąc czynny udział w opracowaniu
scenicznej oprawy koncertów Bremenn. Mam nadzieję, że jeśli
kolejna fala Dod Elektrod, Mandaryn i innych wynalazków show
biznesu nie zrobi z nas padliny, za moment zobaczymy nowe
projekty scenograficzne i wizualizacje stworzone przez Martę
Grzesińską. Na pierwszy plan wysuwa się temat płyty. Prace są mocno zaawansowane, więc nie ma wyjścia, album zostanie z pewnością ukończony. Całość realizujemy sami przy pomocy środków technicznych FocusFog Studio. Ma to dobre i złe strony. Dobra to pełny komfort czasowy. Nie ma stresu, ciśnienia, tempa pracy źle wpływającego na jakość. Zła strona to rozleniwienie. Nikt nie pogania, więc robimy, kiedy chcemy. Trochę presji i dyscypliny musimy narzucać sobie sami. Dodatkowo dochodzi kolejne odpowiedzialne zadanie, czyli realizacja. Pograć na gitarce to jedno, ale nadać temu profesjonalne brzmienie – oddzielny rozdział wiedzy. Walczymy z uporem. Zależy nam, aby Bremenn nie reprezentował w podejściu do muzyki prowincjonalnej maniery. Chodzi o wejście w europejski wymiar. Dokładnie trudno to sprecyzować, jednak gdy słyszy się polskie zespoły, często wieje swojską naiwnością. Problem nie w sprzęcie, realizacji czy masteringu, tylko w samym pomyśle na dźwięki. Najprościej mówiąc wiele jest grup (mówię o rocku), które nawet z budżetem miliona dolarów na promocję nigdy nie zdołałyby zaistnieć poza polskim rynkiem. Po prostu należą do naszego rockowego skansenu. Grają po naszemu i pomimo posługiwania się technologią z całego świata zawsze będą traktowane jak polski folklor. To coś takiego jak kino off-owe, można je lubić, ale tylko w salce kinowej na 30 osób. Podkreślam, moim zdaniem to nie jest tylko problem pieniędzy, ta prowincja jest w głowach. Wiele bym poświęcił, aby Bremenn nie umarł w naszym rockowym błotku. Inna ważna sprawa to teledyski. Ponieważ zdarzało mi się zrealizować parę clipów dla innych wykonawców (np. Bracia, Wanda i Banda) i ogólnie zagadnienia telewizyjne nie są mi obce, planujemy w najbliższym czasie dokonać zawodowej rejestracji materiału video. Scenariusz jest już wymyślony, więc niebawem dokonamy dzieła. Obecnie poszukujemy odpowiednich wnętrz, które pasowałyby do koncepcji. Przed Bremenn duże wyzwanie gdyż nie dysponujemy basenem z zawartością czterdziestu par silikonowego „wdzięku” ani nawet jednym Cadillac’em, więc musimy stworzyć video, które odbiegnie od ogólnie przyjętych zasad epatowania golizną i mamoną. Oczywiście istotne są koncerty. Właściwie nie mamy tu ograniczeń, zagramy na każdej scenie, która się do tego nadaje. Zespół jest przygotowany do występów klubowych, a także dużych plenerów. Główny problem jak zwykle to finanse (nie gramy za hot-dogi i piwko). Czasem trudne do zaakceptowania są warunki techniczne proponowane przez organizatora. Nie da się zagrać żywego koncertu Bremenn do jednego mikrofonu. Nasz rider, czyli lista wymagań sprzętowych jest dla tego typu występów typowy. Nie mamy gwiazdorskich zapędów i nie potrzebujemy w garderobie białych róż, jednak przebieranie się do występu w krzakach za przystankiem to lekka przesada.
Zależy jak tą niezależność pojmować. Jeśli ktoś, kto rzeczywiście wie, co mówi, sprzedaje nam jakąś cenną sugestię, chętnie weźmiemy ja pod uwagę. Natomiast, jeśli słyszę opinię, że gramy za ciężko, że tego nikt nie słucha, więc radio nie puści, to jest muzyka niszowa i taki tam bełkot, natychmiast pojawia się myśl ”Ile ci panie doradco trzeba zapłacić?” albo „Czy naprawdę muszą umrzeć wszystkie dinozaury, aby posłuchać w mediach czegoś innego?”, „Czy media muszą schlebiać tylko masie, która traktuje muzykę jak zakąskę, a muzykantów kojarzy z plastikowymi kukłami o ekstrawaganckim (czytaj prostacko-chamskim) zachowaniu?” Niezależność w myśleniu to jedyna wolność, jaką dysponujemy, więc tego Bremenn się nie wyrzeknie. Nie traktujemy natomiast jako zniewolenie faktu, że musimy być punktualni, przygotowani, nastrojeni, elastyczni np. co do terminów itp. Ogólnie mówiąc świat się nie kręci wokół nas i mamy tego świadomość. Reżim związany z normalną pracą w zespole nie wpływa na nasze pojęcie muzycznej wolności. Gdyby jednak ktoś próbował zmienić Bremenn w grupę pop, soul, R&B traktowałbym to jak zamach stanu.
Bremenn za granicą to temat dość frapujący. Tutaj pojawia się podstawowa bariera, czyli pieniądze. Mamy propozycje koncertów zagranicznych jednak czy dojdą one do skutku zależy wyłącznie od organizatorów. Niestety musimy sobie zdawać sprawę, że poza Polską też są cwani managerowie, którzy nie słyszeli o samochodach zużywających benzynę i nie wiedzą, że za paliwo trzeba płacić. Nie udało się nam dotychczas wytrenować gołębi, które za garść pszenicy przeniosą tonę gratów zespołu na drugi koniec Europy. O tym, iż muzyka Bremenn ma swoich zwolenników nie tylko w Polsce świadczy internetowy portal Myspace. Korespondujemy z ludźmi z całego świata. Odbieramy zapytania o koncerty w Londynie, Niemczech, pojawiają się nawet sugestie wspólnych występów ze strony muzyków japońskich. Zgłaszają się także zachodnie radiostacje zainteresowane emisją naszych utworów. Posiadamy wersję angielską płyty promującej album. Cały pakiet marketingowy, czyli płyta audio, zdjęcia, urywki koncertu, historia zespołu lada moment znajdzie się w różnych zawodowych miejscach Europy. Z oczywistych względów działania promocyjne mają ograniczony charakter. Chętnie nawiążemy współpracę z każdym poważnym partnerem, który umiejętnie poprowadzi kampanię marketingową Bremenn. Pozostaje mieć nadzieję, że upór i konsekwencja w działaniu dadzą pozytywne rezultaty i nie będzie to nasza historia ostatnia. Dziękuję za wywiad! A ja za zainternesowanie! ICE QUEEN |